Michał po sześciu startach i czterech latach treningów, wreszcie spełnił swoje marzenie – dostał się do finału „Ninja Warrior Polska”. W rozmowie opowiada nam, jak wyglądała jego droga przez kolejne etapy rywalizacji i co sprawiło, że nie poddał się po porażkach.
Kwalifikacje bez kamer, ale z presją
W kwalifikacjach, które nie były emitowane przez TV, startowaliśmy parami, mierząc czas, żeby zestawić nas potem w pary do wyścigów – opowiada Michał.
Pokonałem tor w czasie 1 minuty i 33 sekund, co dało mi 11. miejsce na 28 zawodników. Rywal popełnił błąd i wpadł do wody, a ja celowo nie szedłem na 100%, tylko spokojnie i dokładnie. Wiedziałem, że to dopiero początek i nie warto było ryzykować.
Walka z doświadczonym rywalem
W drugim etapie rywalizowałem z Arturem, doświadczonym zawodnikiem OCR. Szedł szybciej, ale popełnił błąd techniczny i został zdyskwalifikowany – mówi Michał.
Dzięki temu przeszedłem dalej z czasem o sekundę lepszym niż w kwalifikacjach – relacjonuje. – Choć stres był większy, nadal trzymałem się swojej strategii, płynnie, bezpiecznie i z opanowaniem.
Zimna krew na torze
Trafiłem na Wojtka, nowicjusza, ale bardzo sprawnego fizycznie. Zyskał przewagę na początku, ale udało mi się ją odrobić. Kluczowa była przeszkoda z wiszącymi kulami, z którą nigdy wcześniej się nie mierzyłem. Dałem sobie moment na skupienie, zaufałem intuicji i pokonałem ją bezbłędnie.
Awansowałem do półfinału – wspomina Michał.
Największy stres i największy sukces
W półfinale walczyłem z Marko – specjalistą od sprintów przeszkodowych. Wszyscy przekreślali moje szanse. Postanowiłem dać z siebie 100%, nawet ryzykując błąd.
Na kulach popełniłem techniczny błąd, prawie wpadłem do wody, ale ostatecznie udało się dotrzeć do ostatniej przeszkody – pionowego komina. Tam walczyłem już nie tylko z torem, ale i z własnym ciałem, które było na skraju wyczerpania.
Wcisnąłem buzzer i… dotarło do mnie, że jestem w finale – mówi ze wzruszeniem.
Od porażki do spełnienia największego marzenia
W 2021 roku debiutowałem w programie Ninja Warrior i wpadłem do wody na trzeciej przeszkodzie. To był cios. Myślałem, że moje przygotowanie fizyczne wystarczy, ale tor zweryfikował wszystko. Chciałem wtedy tylko udowodnić sobie, że dam radę dojść do finału. To marzenie zajęło mi cztery lata i sześć startów – mówi Michał.
Często mówimy „do trzech razy sztuka”, ale ja się z tym nie zgadzam. Sztuką jest nie poddać się, aż osiągniesz swój cel. Jeśli Ci na czymś naprawdę zależy – nie rezygnuj. Moja historia to dowód, że warto próbować, aż się uda.
Rodzina i przyjaciele na trybunach
Na widowni, jak zawsze, byli moi rodzice, partnerka Klaudia i przyjaciele – mówi Michał.
Rodzice wspierają mnie od zawsze. Byli ze mną na każdych zawodach kulturystycznych (z wyjątkiem tych zagranicznych w Hiszpanii) i za każdym razem towarzyszą mi również w „Ninja Warrior”. To dla mnie ogromne wsparcie. Tak samo jak Klaudia i przyjaciele – zawsze mogę na nich liczyć.
Tym razem w półfinale emocje sięgały zenitu. Najbardziej moje przejścia toru przeżywa mama i Klaudia – opowiada zawodnik.
Mama płacze, krzyczy i przeżywa każdą przeszkodę bardziej niż ja. Tata z kolei stara się zachować spokój, ale i jemu czasem puszczają nerwy. Kibice próbują mi też doradzać, dzielą się swoimi obserwacjami i pomagają w analizie. Tata pomaga mi mentalnie – pomaga się skupić i dobrać odpowiednią strategię.
Prowadzący wsparciem na każdym kroku
Zapytaliśmy także o kulisy spotkań z prowadzącymi – Jerzym Mielewskim, Karoliną Gilon i Łukaszem „Jurasem” Jurkowskim.
Prywatnie są tacy sami, jak przed kamerą – opowiada Michał.
Gdy tylko mijamy się na backstage, żartujemy, rozmawiamy. Ta luźna atmosfera naprawdę pomaga zredukować stres. Tak samo działa cała ekipa: reżyserzy, operatorzy, techniczni. To zgrany zespół, który dba o nas zawodników, byśmy mogli dać z siebie wszystko na torze – podkreśla Michał.
Za kulisami Ninja Warrior
Kulisy programu mogą zaskoczyć. Nagrania odbywają się w Gliwicach i trwają kilka dni.
Już od 8 rano mamy odprawy, briefingi, omawiamy tor, podpisujemy dokumenty, nagrywamy setki – mówi zawodnik.
Czasem ostatnie przejścia toru wypadają po północy, a następnego dnia znów trzeba być gotowym od rana.
Intensywnie jest nie tylko dla zawodników, ale też dla ekipy realizacyjnej. Oni nie mają dnia przerwy jak my. Pracują bez wytchnienia. My mamy chwilę, żeby odpocząć, a oni w tym czasie już szykują kolejny odcinek. To ogromna praca wielu ludzi, by program wyglądał tak, jak go widzicie w telewizji.
Michał nie zapomina o kibicach
Moi bliscy spędzają na trybunach cały dzień. Muszą być obecni na każdym starcie, żeby zachować spójność nagrań. Nieraz nagrywają duble klaskania, stoją na nogach godzinami. To ogromny wysiłek, dlatego tak bardzo ich doceniam. Czasem już głupio mi ich zapraszać, bo wiem, ile ich to kosztuje… Ale mam taką rodzinę i takich przyjaciół, że są gotowi na wszystko.
A może w kolejnym sezonie zobaczymy na trybunach większą ekipę z Gorlic?
Jeśli ktoś z Miasta Światła chciałby przeżyć tę przygodę ze mną i spędzić cały dzień na planie, kibicując – zapraszam do kontaktu – dodaje z uśmiechem.
Finał coraz bliżej
Czy Michał ma szansę na zwycięstwo?
Dla mnie to, że jestem w finale, już jest wygraną – mówi z dumą.
Spełniłem swoje marzenie. Ale to nie znaczy, że w finale się oszczędzę. Dam z siebie wszystko. Dużo zależy od losowania – mogę trafić na kogoś słabszego albo na sprintera, który będzie bardzo wymagającym rywalem.
Niezależnie od wyniku, wiem jedno – 15 kwietnia o godz. 20.10 będzie się działo.
Michał, życzymy powodzenia! 15 kwietnia będziemy trzymać za Ciebie kciuki!
Napisz komentarz
Komentarze